‚Może każde z nas stanowiło kiedyś kompletną całość. Wyraźny obraz. W jednym kawałku. Potem wydarzyło się coś co nas rozbiło i roztrzaskało. Pozostawiając w kawałkach rozbitych i w drzazgach. Niektórzy z nas leżą w setkach kawałków. Inni w tysiącach. Niektórzy zarysowani są ostrymi krawędziami. Niektórzy zamazani w szarych odcieniach. Niektórzy odkrywają, że brakuje im pewnych elementów. Innym wydaje się, że mają ich zbyt wiele. W każdym przypadku zostaje nam tylko kręcić głowami – tego nie da się zrobić.
Wtedy pojawia się ktoś, kto naprawia postrzępione brzegi lub oddaje brakujący fragment. Ten proces jest mozolny, bolesny i nie ma wtedy drogi na skróty. Każda, która zdaje się obiecywać, że jest taką, nie jest nią.
Ale w jakiś sposób – kiedy oddalamy się od miejsca katastrofy – coraz dalej od wraku – całe fragmenty zaczynają nabierać kształtu, coś niewyraźnego, co zauważamy kątem oka. Przez chwilę przestają nam drżeć ręce. Zastanawiamy się. A może … po prostu może.
To dla nas obojga ryzyko. Trzeba wierzyć w obraz, którego się nie widzi, i muszę zaufać tobie i sobie.
Nazywa się to układanką (…)
Może układanka nigdy się nie kończy. Może klej, który spaja fragmenty, wymaga czasu, aby wyschnąć. Może kości wymagają czasu, aby się zrosnąć. Może to dobrze, że ten bałagan, który nazywam sobą stanowi proces. Może to długi marsz z miejsca katastrofy. Może dla każdego z nas dystans jest inny. Może miłość jest silniejsza niż moje zagubienie.’
Charles Martin – Pomiędzy nami góry